Wszystkie wpisy
Ciekawostki / świat

Ekstraklasa rosła szybciej niż Real Madryt. I dogoni go około 2099 roku

Tomasz Kwietniewski · · 25 min czytania

Kluby Ekstraklasy zarobiły w sezonie 2024/2025 rekordowe 1,27 mld zł. Brzmi jak przełom. Postanowiłem sprawdzić, ile z tego rekordu zostaje, gdy odliczyć inflację, wzrost gospodarki i to, o ile więcej zarabiają dziś Polacy. Wynik wyszedł inny, niż się spodziewałem - i to w obie strony.

5,2×

tyle razy wzrosły przychody Ekstraklasy w latach 2007-2024/25, licząc w zwykłych złotówkach

1,6×

tyle wynosi ten sam wzrost, gdy zmierzyć go w przeciętnych polskich wynagrodzeniach

913 mln €

o tyle najbogatszy klub Europy jest dziś bogatszy od całej Ekstraklasy. W 2007 r. o 455 mln, licząc w dzisiejszych cenach

Raporty o finansach polskiej piłki wychodzą co roku od 2007 i za każdym razem mówią to samo: rekord. To prawda - liczby faktycznie rosną. Kłopot w tym, że sama kwota w złotówkach nie mówi nic, dopóki nie ma się do czego jej odnieść. W 2007 r. przeciętna pensja w Polsce wynosiła 2 866 zł, dziś jest to 9 379 zł. Bilet, kadra i sztab też kosztują dziś inaczej.

Wziąłem szesnaście raportów - Deloitte, EY, Grant Thornton, PwC i UEFA - odtworzyłem z nich ciągłą serię od 2007 r. i przeliczyłem ją na cztery sposoby: realnie (po inflacji), w udziale w PKB, w przeciętnych wynagrodzeniach i w euro, żeby dało się porównać z Europą. Cztery miary, cztery różne odpowiedzi. Nota o źródłach i o tym, jak liczyłem, jest na końcu - kto lubi zaczynać od metody, może tam zajrzeć od razu.

Część I - Ile naprawdę przybyło

Pięć razy więcej pieniędzy albo półtora raza. Zależy, czym mierzyć

Jedna rzecz na wstępie, bo bez niej wszystkie liczby niżej byłyby o czym innym. Raporty podają dwie różne wielkości: przychody z podstawowej działalności (sponsorzy, prawa medialne, bilety) oraz przychody ogółem, czyli to samo plus sprzedaż zawodników. Transfery doliczane są jednak dopiero od 2017 r., więc słynne porównanie „380 mln zł w 2013 do 1,27 mld dziś" zestawia dwie różne rzeczy. Trzymam się tej pierwszej wielkości, jedynej liczonej tak samo przez osiemnaście lat: 203 mln zł w 2007 r. i 1 051 mln zł w sezonie 2024/2025.

Ten sam wzrost, trzy miary. Wszystkie zaczynają się w 2007 r. od stu.

100 200 300 400 500 07 10 13 16 19 22/23 24/25 518 281 158

nominalnie w złotówkachrealnie, po inflacjiw przeciętnych wynagrodzeniach

Przychody z podstawowej działalności klubów Ekstraklasy, indeks 2007 = 100. Źródła: Deloitte i Grant Thornton (przychody), GUS (wynagrodzenia), Eurostat (indeks cen). Przerwa w danych za sezon 2019/2020.

Czerwona linia to nagłówek, który znacie: przychody wzrosły 5,2-krotnie. Niebieska pokazuje, ile z tego zostaje po odliczeniu inflacji - 2,8 raza, czyli prawie połowa wzrostu okazuje się złudzeniem cenowym. Ale najciekawsza jest szara.

Skąd szara linia, czyli po co mierzyć ligę pensjami

Złotówka jest kiepską miarą czegokolwiek w perspektywie osiemnastu lat, bo sama zmienia wartość. Dlatego obok inflacji warto użyć jednostki, która sama się urealnia: rocznego wynagrodzenia przeciętnego Polaka. Rachunek jest prosty - bierzemy roczne przychody wszystkich osiemnastu klubów i dzielimy przez przeciętną roczną pensję brutto w danym roku. Wychodzi liczba, która mówi: ilu przeciętnie zarabiającym Polakom liga mogłaby zapłacić roczną pensję za to, co w tym roku zarobiła.

Trzeba od razu powiedzieć, czego ta liczba nie obejmuje, bo łatwo ją nadinterpretować. To nie jest wartość ligi ani jej majątek, tylko roczny przychód klubów. Nie ma w niej stadionów - te w 83 procentach nie należą do klubów, tylko do samorządów. Nie ma wydatków kibiców na dojazdy, piwo czy koszulki, nie ma podatków, które generuje wokół siebie mecz, ani miejsc pracy w otoczeniu. Cały ten szerszy ślad gospodarczy PwC policzyło osobno na 1,7 mld zł wartości dodanej - to migawka z sezonu 2023/2024, dziś byłaby zapewne wyższa. Tu chodzi wyłącznie o to, co wpływa na konta klubów: bilety, prawa medialne i pieniądze od sponsorów.

I ta linia w zasadzie stoi w miejscu od dekady. W 2007 r. przychody Ekstraklasy odpowiadały około 5 900 przeciętnych rocznych pensji brutto. W 2015 r. - już 9 900. W sezonie 2024/2025, w rekordowym roku - 9 338. Mniej niż dziesięć lat wcześniej. Liga zarabia dziś więcej złotówek, ale za te złotówki może opłacić mniej ludzkiej pracy.

Polska piłka nie stoi w miejscu - rośnie razem z krajem, a od Europy Zachodniej nawet szybciej. Tyle że rośnie dokładnie w tempie zamożności Polaków i ani trochę szybciej.

To jest chyba najważniejszy wniosek z całego rachunku i wart chwili zatrzymania. Kraj w tym czasie awansował: pensje wzrosły ponad trzykrotnie, poziom życia podniósł się w sposób, który widać w każdym mieście. Piłka za tym wzrostem nadążyła - i to jest osiągnięcie, o którym w 2007 r. nikt by nie marzył. Nie stała się jednak dla polskiej gospodarki ważniejsza niż była: waży w niej dziś mniej więcej tyle samo co dekadę temu. Rozwój jest realny, ale proporcjonalny - piłka płynie z prądem kraju, nie wyprzedza go.

I tu robi się ciekawie, bo sportowo nie widać tego prawie wcale. W fazie grupowej Ligi Mistrzów zagraliśmy od 1992 r. trzy razy, ostatnio dziesięć lat temu. Pieniędzy przybywa w tempie kraju, a wobec Europy Zachodniej nawet szybciej - a wyniku z tego nie ma. To jest właściwa zagadka tego tekstu i wracam do niej na końcu.

Podobnie wygląda to od strony gospodarki. Przychody Ekstraklasy to w 2007 r. było 0,171 promila polskiego PKB, a dziś 0,269 promila. Wzrost realny, ale skromny - i wciąż poniżej szczytu, który liga osiągnęła w 2016 roku (0,310 promila). Ten szczyt to nie przypadek: to rok, w którym Legia zagrała w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Jedna kampania jednego klubu w europejskiej elicie dała polskiej piłce więcej niż następne osiem lat komercyjnego rozwoju.

Jedno zastrzeżenie do tej miary, bo działa w obie strony. Rosnące ceny za polskich zawodników są dla klubów dobrą wiadomością, nie złą: sprzedaż wychowanka za kilkanaście milionów euro pozwala kupić kilku dobrych graczy i jeszcze zostawić coś na rozwój. Polska wyrobiła sobie na tym rynku markę, trochę jak Chorwacja, która sprzedaje drożej, niż wynikałoby z samej jakości. Ale to samo działa w drugą stronę, gdy trzeba kogoś kupić - i tu polski klub staje przy tym samym stole co reszta Europy, tyle że z portfelem liczonym w polskich przychodach.

Część II - Z czego liga żyje

Od mecenasa do praw medialnych

Jedna rzecz zmieniła się w tym czasie naprawdę głęboko: struktura pieniędzy. To zmiana z gatunku tych, które widać dopiero na osiemnastoletniej osi.

07 10 13 16 19 22/23 24/25

komercyjne (sponsorzy, dotacje, gadżety)prawa medialne i marketingowe (w tym UEFA)dzień meczowy (bilety, loże, catering)

Struktura przychodów z podstawowej działalności klubów Ekstraklasy, udziały procentowe. Źródła: Deloitte (do sezonu 2021/2022) i Grant Thornton. Kategoria praw medialnych obejmuje też wpływy od UEFA.

W 2007 r. sześćdziesiąt procent przychodów ligi pochodziło z kategorii „komercyjne" - czyli w praktyce od sponsorów, właścicieli i spółek skarbu państwa. Prawa medialne dawały ledwie 24 procent. Dziś proporcje się odwróciły: prawa medialne i marketingowe to 41 procent i największe źródło pieniędzy w lidze, a komercyjne spadły do 39. To dobra zmiana - pieniądze z praw medialnych są przewidywalne, wspólne i nie zależą od humoru jednego biznesmena.

Ten filar jest zresztą znacznie starszy niż raporty, z których korzystam. Canal+ wszedł na polski rynek w 1995 r. i od razu zaczął od Ekstraklasy - pierwszą transmisję, Legia z GKS-em Katowice, pokazał 1 kwietnia tamtego roku. Przed nim prawa do ligi były w praktyce nieuregulowane, bez wspólnego schematu sprzedaży i bez standardu realizacji. W 2000 r., z inicjatywy Zbigniewa Bońka, PZPN podpisał z Canal+ pięcioletnią umowę na wyłączność wartą 100 mln dolarów, nazwaną wtedy „kontraktem stulecia". Jak na tamten produkt były to pieniądze duże, prawdopodobnie większe, niż wynikałoby z samej jakości rozgrywek - ale to była decyzja komercyjnej stacji, nie akt dobroczynności: skoro tyle płacono, to znaczy, że tyle wtedy rynek za polską piłkę dawał. Ta stabilizacja pozwoliła klubom przetrwać epokę, w której nie miały ani stadionów, ani sponsorów.

Dwa miejsca na tym wykresie warto obejrzeć osobno. Żółty pasek w 2016 r. puchnie do połowy słupka - to znowu Legia w Lidze Mistrzów, dzięki której wpływy z praw medialnych i UEFA skoczyły ze 162 do 254 mln zł w jeden rok. A niebieski pasek na dole niemal znika w sezonie 2020/2021: przychody z dnia meczowego spadły wtedy do 24 mln zł dla całej ligi, bo trybuny stały puste.

Jest w tym obrazie coś, co powinno niepokoić bardziej niż cokolwiek innego. Polska zbudowała wokół Euro 2012 kilkanaście nowych stadionów - cztery duże, na których grano turniej (Warszawa, Gdańsk, Wrocław, Poznań), do tego rezerwowy stadion Wisły w Krakowie na 33 tys. miejsc, trzydziestotysięczną arenę Legii i kilkunastotysięczne obiekty w mniejszych miastach. Osobno przeciągnął się remont Stadionu Śląskiego w Chorzowie - skończony dopiero w 2017 r., 54 tys. miejsc, drugi obiekt w kraju po Narodowym. Udział dnia meczowego w przychodach ligi wzrósł przez osiemnaście lat z 17 do 20 procent.

Trzy punkty procentowe za kilkanaście aren. Powód widać w tabeli frekwencji: część obiektów jest po prostu za duża w stosunku do zainteresowania. W sezonie 2024/2025 Śląsk Wrocław wypełniał swój 42-tysięczny stadion średnio w 44 procentach, a Lech Poznań, ligowy rekordzista frekwencji z 29 tysiącami widzów na mecz, w 68. Najlepiej zapełniają się obiekty mniejsze: Jagiellonia w Białymstoku 88 procent z 15 tysięcy, Pogoń Szczecin 84, Legia 80. Innymi słowy, wielkość areny nie przekłada się na wpływy - decyduje o nich to, czy klub potrafi ją zapełnić.

Warto przy tym wiedzieć, co dokładnie mieści się w „dniu meczowym", bo nazwa jest myląca. To wyłącznie wpływy związane z samym meczem: bilety, karnety, loże i catering na stadionie. Wszystko, co klub zarabia na obiekcie poza meczami - wynajem sal na konferencje, imprezy, muzeum, zwiedzanie - raporty liczą w kategorii komercyjnej. Te trzy punkty procentowe dotyczą więc samych meczów, a nie całego życia stadionu.

Część III - Druga strona bilansu

Ile z tego zostaje, czyli na co idą te pieniądze

Przychody to dopiero połowa obrazu i sama z siebie niewiele mówi. Klub może zarabiać rekordowo i przy tym się zadłużać - najgłośniejszym przykładem jest FC Barcelona, marka warta miliardy, latami zarządzana tak, że musiała sprzedawać przyszłe wpływy, żeby domknąć bieżący sezon. Zapłaciła za to cenę, jakiej trudno sobie wyobrazić: w 2021 r. nie było jej stać na przedłużenie kontraktu Leo Messiego, wychowanka i najlepszego piłkarza w historii klubu, który odszedł za darmo i zdążył jeszcze zostać mistrzem świata w innych barwach. Można zepsuć nawet bardzo duży potencjał. Warto więc spojrzeć na to, co po drugiej stronie.

Skala jest następująca: w sezonie 2024/2025 kluby Ekstraklasy wygenerowały 1 266 mln zł kosztów operacyjnych przy 1 270 mln zł przychodów ogółem. Liga jako całość wychodzi więc mniej więcej na zero - i robi to od lat. Rozpiętość między klubami jest przy tym ogromna: koszty Legii to 225 mln zł, a Stali Mielec 23 mln, czyli jedna dziesiąta.

Wskaźnik, który mówi najwięcej: płace do przychodów

Największą pozycją kosztową są wynagrodzenia i to je UEFA reguluje wprost. Obowiązujący próg to 80 procent przychodów, a od sezonu 2025/2026 wprowadzany jest mechanizm docelowo obniżający go do 70 procent. Poniżej 70 procent uznaje się za strefę zdrową: klub ma zapas na inwestycje, na gorszy sezon i na to, żeby nie wisieć na jednym udanym transferze.

Polska liga wypada tu przyzwoicie, ale nierówno. W sezonie 2024/2025 poniżej progu 70 procent zmieściło się jedenaście z osiemnastu klubów - rok wcześniej trzynaście, więc lekko się pogorszyło. Najzdrowszą relację miała Jagiellonia Białystok: 37 procent, przy trzecim miejscu w lidze i ćwierćfinale Ligi Konferencji. Legia jest na 48 procentach, Lech na 52. W strefie ostrzegawczej, między 70 a 80 procentem, znalazły się Piast, Śląsk, Lechia i GKS Katowice. Powyżej limitu wyszły trzy kluby, a rekordzistą jest Puszcza Niepołomice ze 125 procentami - czyli klub wydał na same pensje jedną czwartą więcej, niż w ogóle zarobił.

To dobrze pokazuje, na czym polega kruchość tego modelu. Klub, który przekracza sto procent, nie utrzymuje się z działalności, tylko z dopłat właściciela albo ze sprzedaży zawodnika. Udany transfer ratuje rok; nieudany sezon oznacza dziurę, którą ktoś musi załatać. Wisła Kraków przerobiła tę lekcję do końca: od zespołu naszpikowanego gwiazdami, przez upadek, po spadek do pierwszej ligi, z której wyciągnęli ją dopiero nowi właściciele. Do Ekstraklasy wróciła dopiero w 2026 r., po czterech sezonach na zapleczu.

Widać tu zresztą sensowną zmianę. Dwadzieścia lat temu polska liga miała jeden z najwyższych wskaźników płac w Europie - Deloitte notował w skali ligi 72 procent, poziom, przy którym każde potknięcie kończy się problemami licencyjnymi. Dziś, w porównywalnej mierze UEFA, wypadamy na 61 procentach. To jest realny postęp w zarządzaniu, nawet jeśli nie widać go w tabeli.

Część IV - Kto to finansuje

Nakłady publiczne, straty prywatne

Skąd te pieniądze przychodzą, mówi o polskiej piłce więcej niż to, ile ich jest. Na osi finansowania klubów Polska mieści się między trzema modelami i nie należy do żadnego.

USA

Franczyza i kapitał

Zamknięte ligi: płacisz wpisowe, zakładasz drużynę, właściciele budują stadiony - całość spina się jako biznes.

Zachodnia Europa

Głęboki ekosystem

Otwarta piramida, ale ogromne pieniądze z praw TV, bogaci właściciele i samopodtrzymująca się gospodarka futbolu.

Ukraina

Oligarcha

Jeden-dwóch oligarchów wlewa fortunę (Szachtar). Zastrzyk kapitału tam, gdzie brak systemu i zaufania.

Polska - między wszystkimi. Bogatych właścicieli w Ekstraklasie ostatnio realnie przybyło: Robert Płatek (Cracovia), Zbigniew Jakubas z grupy Multico (Motor Lublin), Robert Dobrzycki z deweloperskiego Panattoni (Widzew, od razu z dużym kapitałem), rodzina Rutkowskich z Amiki (Lech), Alex Haditaghi (Pogoń), Michał Świerczewski ze sklepu X-kom (Raków), Dariusz Mioduski (Legia). Kilku z nich to miliarderzy. Historia zna też tych, którzy się „pobawili" i odeszli - Cupiał w Wiśle, Wojciechowski w Polonii.

Ten wzorzec - prywatny mecenas finansuje zryw, który gaśnie, gdy kończą się pieniądze - jest w polskiej piłce stary. Już jesienią 1992 r. w Legię wszedł pierwszy prywatny sponsor, biznesmen Janusz Romanowski, z umową z FSO i Adidasem; gdy zabrakło środków, drużyna się rozsypała, a zawodnicy rozeszli się do innych klubów.

Najpełniej powtórzyła to Wisła Kraków Bogusława Cupiała (od 1997 r.). Jej złoty zespół - oparty głównie na Polakach, co dziś rzadkie, gdy Raków, Lech czy Jagiellonię niosą obcokrajowcy - niemal zdominował ligę i raz po raz ocierał się o Europę. W Pucharze UEFA sezonu 2002/2003 przeżyła wielkie noce: wyeliminowała Parmę, potem rozbiła Schalke 04 w Gelsenkirchen 4:1, a odpadła dopiero z Lazio - po remisie 3:3 i przegranej 1:2 w rewanżu. W eliminacjach Ligi Mistrzów los raz po raz stawiał jej na drodze gigantów: przegrywała dwukrotnie z Barceloną (raz urywając nawet jeden mecz drużynie Guardioli) i z Realem Madryt. Najbardziej bolało to, że nie przechodziła też rywali w zasięgu - w 2005 r. do fazy grupowej zabrakło pięciu minut w dwumeczu z Panathinaikosem. Ale gdy właścicielowi skończyła się cierpliwość i pieniądze, projekt wygasł.

Sedno leży jednak gdzie indziej i widać je dopiero w danych UEFA, która od 2023 r. publikuje porównywalne wskaźniki dla wszystkich 55 federacji. Polskie kluby wypadają w nich skrajnie nierówno.

3. miejsce

w Europie pod względem liczby dużych inwestycji stadionowych w ostatniej dekadzie - 16 projektów

83%

stadionów klubów Ekstraklasy należy do miasta albo państwa, nie do klubu

51. miejsce

na 55 federacji pod względem kapitału własnego klubów. Jedenaście polskich klubów ma go ujemny

Uwaga na to ostatnie, bo łatwo je pomylić z wielkością budżetu: kapitał własny to nie przychody. To różnica między tym, co klub posiada, a tym, co jest winien - majątek minus długi. Można mieć niezłe przychody i ujemny kapitał własny, czyli formalnie więcej zobowiązań niż majątku, i dokładnie tak jest w jedenastu polskich klubach. Pod tym względem wyprzedzają nas prawie wszystkie federacje w Europie.

Trudno o czystszy dowód tezy, którą postawiłem w poprzednim tekście. W stawianiu obiektów jesteśmy w europejskiej czołówce. W kondycji finansowej podmiotów, które w nich grają - w ogonie kontynentu. I to jest jedna i ta sama informacja: infrastrukturę finansuje u nas ktoś inny niż klub. Samorząd stawia stadion, prywatny właściciel łata bieżące straty, a klub nie staje się przy tym właścicielem niczego. Gra na cudzym obiekcie, więc nie ma go w swoim majątku - nie może pod niego pożyczyć, nie może go sprzedać, nie zbuduje na nim wartości firmy.

Stadion da się postawić w kilka lat za publiczne pieniądze. Majątku klubu nie zbuduje za niego nikt - a bez majątku zostaje wieczne życie z bieżących wpływów i kroplówki od właściciela.

Część V - Dystans do rdzenia

Dogoniliśmy Europę. Przepaść i tak się podwoiła

Szedłem do tych danych z gotową tezą: że polska piłka biegła szybko, ale najbogatsze kluby Europy biegły szybciej, i stąd nasza nieobecność w Lidze Mistrzów. Liczby tę tezę przewracają.

Licząc w euro, przychody Ekstraklasy wzrosły od 2007 r. 4,6-krotnie. W tym samym czasie dwadzieścia najbogatszych klubów świata z rankingu Deloitte Money League urosło 3,4-krotnie, a najbogatszy klub - 3,2-krotnie. (To mnożniki nominalne; po odliczeniu inflacji w strefie euro wychodzi odpowiednio 3,2, 2,3 i 2,2 raza, ale ponieważ wszystkie trzy dzieli się przez ten sam indeks cen, samo porównanie się nie zmienia.) Udział Ekstraklasy w przychodach tej dwudziestki wzrósł z 1,45 do 2,00 procent. Sprawdziłem to jeszcze na innej mierze, licząc od 2014 r., dla którego UEFA podaje przychody całego europejskiego futbolu: przez dekadę Europa urosła o 81 procent, a Polska o 121. Rośliśmy szybciej niż rdzeń, i to wyraźnie.

A teraz to samo na wykresie.

0 400 800 1200 78 533 różnica 455 mln 2007 (w cenach z 2025) 248 1161 różnica 913 mln sezon 2024/25

cała Ekstraklasa (18 klubów)najbogatszy klub Europy

Przychody z podstawowej działalności wszystkich klubów Ekstraklasy wobec przychodów najbogatszego klubu Europy (Real Madryt w obu momentach), w mln euro według cen z 2025 r. - kwoty z 2007 r. przeliczone indeksem cen strefy euro, inaczej zestawialibyśmy dwie różne jednostki. Świadomie tylko dwa momenty: dla lat pośrednich nie ma w pełni porównywalnych danych. Źródła: Deloitte, Grant Thornton, Deloitte Football Money League, Eurostat, kursy średnioroczne NBP.

Proporcja rzeczywiście się poprawiła: w 2007 r. najbogatszy klub Europy miał prawie siedmiokrotność przychodów całej naszej ligi, dziś ma niecałe pięć. Tylko że proporcja to nie jest to, czym się płaci za piłkarza.

Różnica w pieniądzach wynosiła w 2007 r. 312 mln euro, a dziś wynosi 913 mln. Zestawianie tych dwóch kwot wprost byłoby jednak tym samym błędem, który opisałem na początku: przez osiemnaście lat ceny w strefie euro wzrosły o 45 procent, więc euro z 2007 r. i euro z 2025 r. to nie ta sama jednostka. Po urealnieniu tamte 312 mln odpowiada dzisiejszym 455 mln euro. Rzetelne porównanie brzmi więc tak: różnica dzieląca całą polską ligę od jednego klubu podwoiła się w realnych pieniądzach, z 455 do 913 mln euro. To mniej dramatycznie niż „potroiła się", ale wciąż jest to podwojenie w okresie, w którym rzekomo doganialiśmy.

To w takim razie kiedy dogonimy?

Skoro rośniemy szybciej, pytanie nasuwa się samo. Da się na nie odpowiedzieć, choć odpowiedź jest niewesoła. W latach 2007-2024/25 przychody Ekstraklasy rosły średnio o 8,9 procent rocznie (w euro), a najbogatszego klubu Europy o 6,6 procent. Gdyby oba tempa utrzymały się bez zmian, cała polska liga zrównałaby się z jednym Realem Madryt około roku 2099.

Gorsza jest jednak druga liczba i warto ją wyłożyć powoli, bo brzmi jak sprzeczność: skoro gonimy, to jak dystans może rosnąć?

Cała rzecz w tym, że procent liczy się od różnych podstaw. Nasze 8,9 procent to 8,9 procent z 248 mln euro, czyli około 22 mln euro przyrostu rocznie. Ich 6,6 procent to 6,6 procent z 1 161 mln, czyli około 77 mln euro rocznie. Rośniemy szybciej w procentach, ale co roku dokładamy do swojego budżetu trzy i pół razy mniej pieniędzy niż oni do swojego. Dlatego dystans w euro się powiększa, choć tempo mamy lepsze.

I tu dochodzimy do 2085. Nasz roczny przyrost też rośnie z każdym rokiem - bo liczymy 8,9 procent od coraz większej kwoty - i rośnie szybciej niż ich. W pewnym momencie te dwa przyrosty się zrównają: będziemy dokładać rocznie tyle samo euro co oni. To właśnie moment około 2085 roku - nic wtedy nie „pęka", po prostu wtedy pierwszy raz przestajemy zostawać w tyle. Dopiero po tej dacie zaczynamy dokładać więcej niż oni i przepaść wreszcie maleje - aż zniknie około 2099.

Praktyczny wniosek jest taki: przez najbliższe pokolenie i drugie dystans w pieniądzach będzie się powiększał, mimo że wszystkie wskaźniki wzrostu będą po naszej stronie. Za dekadę różnica wyniesie nie 913 mln, lecz około 1,6 mld euro.

To oczywiście nie jest prognoza. Nikt nie wie, co się stanie z prawami telewizyjnymi, czy powstanie jakaś wersja Superligi, czy UEFA nie zmieni zasad podziału pieniędzy. Ten rachunek pokazuje tylko, co naprawdę znaczy „rośniemy szybciej od rdzenia" przy takiej różnicy skali: znaczy tyle, że nadganiamy w tempie, którego pojedyncze pokolenie nie zdąży zauważyć.

Rośniemy szybciej od najbogatszych i mimo to oddalamy się od nich w pieniądzach. Przy dzisiejszym tempie przepaść przestanie się powiększać dopiero około 2085 roku.

Za to średniaków Europy wyprzedziliśmy naprawdę

Jest jednak grupa lig, którą Polska w tym czasie wyprzedziła zupełnie realnie: te ze Skandynawii i z naszej części kontynentu. W raporcie Deloitte za sezon 2018/2019 polskie kluby miały 133 mln euro przychodów i były poniżej Danii, Norwegii i Szwecji - każdej z osobna. Pięć lat później dane UEFA wyglądają tak:

Liga
mln €
Miejsce w Europie
Portugalia
618
9. miejsce. Punkt odniesienia dla „małej ligi, która się liczy"
Belgia
574
10. miejsce
Szkocja
378
11. miejsce
Austria
315
13. miejsce
Polska
241
14. miejsce w Europie. W 2018/2019 byliśmy jeszcze za całą Skandynawią
Szwecja
232
15. miejsce
Dania
222
16. miejsce
Norwegia
187
18. miejsce
Czechy
162
20. miejsce

Polska jest dziś czternastą ligą Europy pod względem przychodów i pierwszą w swojej części kontynentu. Wyprzedziliśmy Danię, Norwegię i Szwecję, a także Czechy, Chorwację, Rumunię i Serbię. Tyle że wciąż jesteśmy o rząd wielkości od Anglii (7 447 mln euro), Niemiec (3 902) i Hiszpanii (3 881) - a to one, a nie Dania, decydują o tym, kto gra w Lidze Mistrzów.

To wyprzedzanie średniaków ma jednak bardzo konkretną konsekwencję i tu akurat jest powód do optymizmu. Klubowy ranking UEFA, od którego zależy liczba miejsc w pucharach, liczy się z opóźnieniem i kumuluje punkty z pięciu sezonów - a polskie kluby zbierają je dziś regularnie, głównie w Lidze Konferencji, trzecim i najsłabszym pucharze, skrojonym w praktyce dokładnie pod ligi naszego kalibru. Awansujemy w tym rankingu powoli, ale systematycznie. I najprawdopodobniej to właśnie tędy, a nie przez sportowy przełom pojedynczego klubu, Polska wróci kiedyś do fazy grupowej Ligi Mistrzów: nie dlatego, że któryś zespół przejdzie cztery rundy eliminacji, tylko dlatego, że miejsce będzie przysługiwać naszej lidze z automatu, z tytułu pozycji w rankingu.

Konkluzja

Wszystkie wskaźniki mówią „dogoniliśmy". Jeden mówi „nie"

Po przeliczeniu wszystkiego wychodzi obraz, którego się nie spodziewałem, i wcale nie jest prostszy od tego, z którym zaczynałem.

Względem rdzenia europejskiej piłki polska liga naprawdę się podciągnęła: rosła szybciej niż najbogatsze kluby świata, szybciej niż europejski futbol jako całość, i awansowała na czternaste miejsce w Europie, wyprzedzając kraje, które jeszcze dekadę temu były poza zasięgiem. Ta część mojej dawnej tezy była błędna i dobrze, że sprawdziłem.

Względem własnego kraju polska piłka niemal drgnęła: w przeciętnych wynagrodzeniach jest dziś mniejsza niż w 2015 r., a jej udział w PKB wciąż nie dogonił rekordu z 2016. Rekordowe miliardy w nagłówkach to w dużej mierze inflacja i to, że Polacy zaczęli więcej zarabiać.

A trzecia rzecz jest tą, która decyduje o wyniku sportowym. W piłce nie płaci się procentami PKB ani indeksami wzrostu. Płaci się euro. Transfer za dwadzieścia milionów euro kosztuje dwadzieścia milionów euro niezależnie od tego, o ile procent czyjaś liga urosła w ostatniej dekadzie. I właśnie w tej jednej walucie, jedynej, która się liczy przy stole negocjacyjnym, dystans się podwoił - i przy dzisiejszym tempie będzie rósł jeszcze przez pokolenie albo dwa. Można biec szybciej od kogoś, kto ma dziesięć razy dłuższe nogi, i mimo to oddalać się od niego z każdym krokiem.

To zresztą domyka wątek, który zostawiłem otwarty w poprzednim tekście o sporcie i gospodarce. Pisałem tam, że stadion to hardware, a system to software. Dane UEFA pokazują to teraz w liczbach: trzecie miejsce w Europie w budowaniu obiektów, pięćdziesiąte pierwsze w bilansach klubów, które w nich grają. Zbudowaliśmy hardware. Wciąż go nie mamy czym uruchomić.

W skrócie

  • 203 mln zł (2007) i 1 051 mln zł (2024/25). To przychody z podstawowej działalności, jedyna wielkość liczona tak samo przez osiemnaście lat. Popularne porównanie „380 mln zł do 1,27 mld zł" miesza dwie różne metodyki, bo transfery doliczane są dopiero od 2017.
  • 5,2× nominalnie, 2,8× realnie, 1,6× w pensjach. Ostatnia miara to roczne przychody klubów podzielone przez przeciętną roczną pensję brutto. Tak liczona liga jest dziś mniejsza niż w 2015 r.
  • Szczyt był w 2016, nie dziś. Udział Ekstraklasy w PKB wciąż nie wrócił do poziomu z roku, w którym Legia grała w fazie grupowej Ligi Mistrzów.
  • Struktura zmieniła się na lepsze. Prawa mediowe wzrosły z 24 do 41 procent przychodów, komercyjne spadły z 60 do 39. Mniej zależności od pojedynczego mecenasa.
  • Dzień meczowy: z 17 na 20 procent. Kilkanaście stadionów światowej klasy po Euro 2012 przesunęło tę pozycję o trzy punkty procentowe. Część aren jest po prostu za duża: Śląsk Wrocław wypełnia swoją średnio w 44 procentach.
  • Koszty niemal równe przychodom. 1 266 mln zł kosztów wobec 1 270 mln zł wpływów. Na płace jedenaście z osiemnastu klubów wydaje mniej niż docelowe 70 procent przychodów wymagane przez UEFA, ale Puszcza Niepołomice wydała 125 procent.
  • Rośliśmy szybciej niż rdzeń. Ekstraklasa 4,6× w euro wobec 3,4× dla dwudziestu najbogatszych klubów świata; +121 procent wobec +81 dla całej Europy w latach 2014-2024.
  • I mimo to przepaść się podwoiła. Różnica między najbogatszym klubem Europy a całą Ekstraklasą: 455 mln euro w 2007 (w dzisiejszych cenach) wobec 913 mln euro obecnie. Nominalnie wygląda to na potrojenie, ale euro sprzed osiemnastu lat nie jest tym samym euro.
  • Przy tym tempie zrównanie wypada około 2099 r. A różnica w euro rośnie jeszcze przez jakieś sześćdziesiąt lat, zanim w ogóle zacznie maleć. To nie prognoza, tylko ilustracja tego, co znaczy „rosnąć szybciej" przy takiej różnicy skali.
  • 14. liga Europy, 51. bilans. Trzecie miejsce na kontynencie w inwestycjach stadionowych, 83 procent stadionów w rękach samorządów, jedenaście klubów z ujemnym kapitałem własnym.

Nota o danych

Skąd te liczby, czyli trzy serie raportów i dwie dziury

Ta część jest dla tych, którzy chcą wiedzieć, na czym stoją liczby powyżej. Reszcie nic nie umknie, jeśli ją pominie.

Seria czasowa opiera się na trzech źródłach. Deloitte prowadził Piłkarską ligę finansową od 2007 r. do sezonu 2021/2022. Równolegle EY wydawał z Ekstraklasą SA Ekstraklasę piłkarskiego biznesu, liczoną inną metodą - przez co jej liczby nigdy nie zgadzały się z Deloitte i to jest główne źródło zamieszania w sieci. Od sezonu 2022/2023 pałeczkę przejął Grant Thornton, który wprost przejął metodykę i dane historyczne Deloitte. Dzięki temu obie serie spinają się co do złotówki.

Nie musiałem mieć każdej edycji z osobna i nie rekonstruowałem niczego z szacunków. Deloitte i Grant Thornton drukują w każdym raporcie pełną tabelę historyczną, przeliczoną własną metodyką. Wystarczą więc dwa raporty, żeby mieć komplet: edycja Deloitte za sezon 2021/2022 obejmuje lata 2007-2021/22, a Grant Thornton za 2024/2025 - lata 2013-2024/25. Zachodzą na siebie i w części wspólnej podają identyczne wartości.

Ile lat wstecz to sięga? Edycja z 2017 r. jest opisana jako jedenasta, więc pierwsza wyszła w 2007 r. i dotyczyła roku 2006. Tej jednej liczby nie ma jednak w żadnej tabeli historycznej, a wartości krążące po sieci dla 2006 r. („182 mln", „120-140 mln", „nieco ponad 100 mln") wykluczają się nawzajem i nie mają pokrycia w źródłach. Dlatego zaczynam od 2007 r.

Są w danych dwie dziury. Pierwsza: od sezonu 2020/2021 raporty przestały liczyć rok kalendarzowy, a zaczęły sezon piłkarski (1 lipca - 30 czerwca). Druga: sezon 2019/2020 wypadł zupełnie, w danych jest skok z roku 2019 wprost na 2020/2021. To akurat rok pandemii, więc szkoda podwójna. Obie dziury są w samych raportach, nie w moim zbiorze - Deloitte ten sezon pominął, a Grant Thornton, przejmując dane historyczne, przejął też lukę.

Źródła i metoda

Przychody klubów. Deloitte, Piłkarska Liga Finansowa - edycje za rok 2016 (lipiec 2017), rok 2019 (październik 2020) i sezon 2021/2022 (wrzesień 2022). Grant Thornton, Finansowa Ekstraklasa - sezony 2022/2023, 2023/2024 i 2024/2025. Grant Thornton przejął metodykę i dane historyczne Deloitte, dzięki czemu obie serie są porównywalne. Pomocniczo: EY i Ekstraklasa SA, Ekstraklasa piłkarskiego biznesu (2012, 2016, 2017) - inna metodyka, dlatego nie wchodzi do serii; Grant Thornton, Finansowa pierwsza liga (2022/23, 2023/24, 2024/25); PwC, Ekstraklasa - kibice, kluby i miasto (2025).

Kontekst europejski. UEFA, The European Club Finance and Investment Landscape 2025 - dane za rok obrotowy 2023/2024 dla wszystkich 55 federacji. Deloitte, Football Money League - edycje 2008 i 2026. Deloitte, Piłkarska liga finansowa - rok 2019 (porównanie lig spoza wielkiej piątki za sezon 2018/2019).

Dane makroekonomiczne. Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto - GUS, Bank Danych Lokalnych. PKB w cenach bieżących oraz roczne indeksy cen konsumpcyjnych dla Polski i dla strefy euro - Eurostat. Kursy średnioroczne EUR/PLN - policzone ze wszystkich notowań tabeli A Narodowego Banku Polskiego z danego roku.

Jak liczyłem. Wszystkie porównania w czasie oparte są na przychodach z podstawowej działalności (dzień meczowy, prawa medialne i marketingowe, przychody komercyjne), bez transferów - bo tylko ta wielkość jest liczona tak samo od 2007 r. Sezony przypisano do roku, w którym się kończą, zgodnie z rokiem obrotowym klubów. Kwoty złotowe urealniam polskim indeksem cen, a kwoty w euro - indeksem strefy euro; w obu przypadkach do cen z 2025 r. Wskaźnik „w przeciętnych wynagrodzeniach" to roczne przychody klubów podzielone przez przeciętne roczne wynagrodzenie brutto w danym roku. Rachunek dogonienia zakłada, że obie strony rosną dalej w tempie zmierzonym w latach 2007-2024/25 (średnia geometryczna) - to nie jest prognoza, tylko ekstrapolacja obecnego tempa.

Tekst jest rozwinięciem wątku klubowego z eseju Gospodarczy prymus, sportowy maruder. Stan danych: sierpień 2026.

Podobał Ci się ten wpis?
Zapisz się na newsletter albo postaw mi kawę.

Szukaj na stronie